czwartek, 5 lutego 2015

Chapter II

Wyczuwam twoje zwątpienie
Podam ci teraz swą dłoń

Ciemność otula cię swoją czernią, kiedy siedzisz na podłodze swojej sypialni, bawiąc się telefonem trzymanym w zimnych dłoniach. Kilkadziesiąt połączeń, żadnego nie odebrała. Jakbyś dzwonił w pustkę. Jakbyś dzwonił do umarłego.
Nie wiesz, co się z nią dzieje, może faktycznie nie żyje. Uparcie odganiasz od siebie wszystkie złe myśli, ale one wracają, nie dają się zagłuszyć głośnym dźwiękom muzyki.
Umierasz, ty sam umierasz, w swojej ciemnej, pustej sypialni, przerażająco cichej pomimo głośnej muzyki dobiegającej z odtwarzacza. Umierasz po kawałku, minuta po minucie, z każdym połączeniem, którego Inga nie odbiera, z każdą wiadomością, na którą nie odpowiada.
Z obojętnością zauważasz, że drżą ci dłonie. Boisz się, boisz się o nią, i to cholernie. Bo przez ciebie uciekła. Powiedziałeś jej, że ją kochasz. Ona to samo powiedziała tobie. I uciekła, mówiąc "do zobaczenia", zostawiając po sobie mglisty zapach perfum, wspomnienie jej dotyku na twojej skórze i pustą, bolesną ciszę.
Boisz się, bo wiesz, że mogłeś ją stracić na zawsze, a ona jeszcze tak naprawdę nie była twoja. Boisz się, bo właściwie nie wiesz, co zrobiłeś źle, bo nie jesteś w stanie jej zrozumieć, a chciałbyś, bardzo byś chciał, zrozumieć Ingę, poznać jej historię, naprawić, uzdrowić i kochać. Boisz się, bo natrętne myśli nie opuszczają twojej głowy.
Boisz się, Hayboeck, i boisz się też przyznać to przed samym sobą.

Ranek zastaje cię w niemal niezmienionej pozycji, na podłodze w sypialni, z wyłączonym telefonem w zimnych, silnych dłoniach. Padła ci bateria, Inga nie odebrała ani jednego połączenia, nie dała znaku życia, ale już się nawet o nią nie boisz.
Stałeś się obojętny, nic nie czujesz, niewygody, bólu, zimna. Strachu. Jesteś zmęczony, nie spałeś całą noc, ale nie masz siły ani ochoty iść do łóżka. Bo ostatnio, kiedy w nim leżałeś, była jeszcze przy tobie Inga.
Pukanie do drzwi, naciśnięcie klamki, kroki w przedpokoju. Kraft pewnie niepokoi się o ciebie, gdzieś z tyłu głowy pojawia się świadomość, że prawdopodobnie od godziny powinieneś być na treningu, ale ignorujesz to, teraz cię to nie obchodzi. Masz wrażenie, że już nigdy nie będzie cię to obchodzić.
Bo obchodzi cię tylko Inga, której pozwoliłeś wyślizgnąć się ze swoich rąk.
Kroki zbliżają się. Wypuszczasz telefon z dłoni, urządzenie ze stukiem ląduje na podłodze, na sekundę zagłuszając odgłos stóp coraz bliżej sypialni. Niechętnie podnosisz głowę.
A w drzwiach stoi Inga.
Momentalnie zrywasz się na równe nogi, depcząc telefon, nerwowo przeczesując palcami włosy.
- Nie odbierałeś telefonu - mówi.
Ty nie odbierałeś telefonu.
- Dzwoniłem do ciebie ze sto razy - odpowiadasz, może trochę za ostro. Inga cofa się o krok.
- Musiałam... pomyśleć. Ale potem wyłączyłeś telefon i... bałam się, Michael. O ciebie się bałam.
Powoli idziesz w jej stronę. Masz ochotę ją przytulić, pocałować, objąć, zamknąć w uścisku silnych ramion i już nigdy nie wypuścić. Ale stajesz tylko przed nią, o krok, patrząc jej w zielone oczy.
- Ty bałaś się o mnie - mówisz cicho, powstrzymując natłok sprzecznych uczuć. Jesteś wściekły i jednocześnie przeszczęśliwy. I, mimo wszystko, mimo tak wielu dzielących was granic, kochasz Ingę.
- Michi, ja... przepraszam, wystraszyłam się, bo... bo ostatni raz, kiedy ktoś mi powiedział, że mogę mu zaufać... to nie skończyło się dobrze i... i boję się, że to też skończy się źle.
Jest taka drobna, bezbronna i blada, zielone oczy błyszczą nad usianymi piegami policzkami.
Ma dwa lata mniej niż ty, wychowała się w Norwegii, uciekła z ojczyzny i dla ciebie jest idealna.
- Nie skończy się źle - obiecujesz jej, cicho, bojąc się, że ją spłoszysz. Uśmiecha się, nieśmiało, jakby trochę smutno.
- Zależy mi na tobie, Michi. A tobie na mnie, tak myślę. A to... to na ogół źle się kończy. Jeśli ci na kimś zależy, to jakbyś dawał tej osobie pistolet wycelowany w twoją głowę. Wystarczy... pociągnąć za spust. I cię nie ma.
Nie możesz oprzeć się wrażeniu, że ktoś już kiedyś pociągnął za spust, trzymając pistolet przy głowie Ingi. Że komuś zaufała i ten ktoś ją zranił.
Ale przysięgasz, w milczeniu i na głos, przysięgasz i sobie, i jej, że nigdy tego jej nie zrobisz. Przysięgasz, raz po raz, a ona w końcu zdaje się w to wierzyć, przynajmniej dziś, przynajmniej na chwilę.
Te uczucia, które tkwiły w tobie, odkąd ją poznałeś, nienazwane, niezidentyfikowane, nagle mają sens. Bezwarunkowa miłość.
Tak proste i jednocześnie tak skomplikowane uczucie. Trwa jednocześnie chwilę i wieczność. Ale wiesz, doskonale wiesz, że to jest to. Patrzysz w jej zielone, błyszczące oczy, uśmiechasz się delikatnie, wiesz, kochasz ją, a ona przecież kocha ciebie. Boi się, boi się bólu, zawodu, kolejnych ran, ale tobie chce, próbuje zaufać, a ty zrobisz dla niej wszystko, co w twojej mocy. Bo przecież ją kochasz.
- Kocham cię, Inga - mówisz cicho, zbliżając się do niej. - I nigdy cię nie skrzywdzę. Obiecuję.
I nagle wszystko się układa, choć na kilka minut, chociaż przez chwilę jest idealnie. Jest pięknie, jest tak, jak powinno być, jak bywa tylko w filmach.
- I nigdy nie pozwolę ci odejść, Inga.

Bez twych słów, bez twych rąk
nie ma mnie

Ostatni miesiąc upłynął wam w niemalże sielankowej atmosferze. Nawet nie podejmowaliście decyzji o wspólnym zamieszkaniu, w ogóle o tym nie rozmawialiście. To samo tak wyszło, po prostu Inga w pewnym momencie zdała sobie sprawę, że w twoim mieszkaniu ma więcej rzeczy, niż w swoim własnym. I tak została u ciebie, dzieląc z tobą sypialnię, kuchnię, dzieląc z tobą życie.
Wszystko rozwijało się pięknie, niemalże idealnie. Inga zaczęła się otwierać, opowiadać o swojej przeszłości, dlaczego tyle razy uciekała, dlaczego w końcu wyprowadziła się z Norwegii niemalże na drugi koniec Europy, do nieznanego kraju, dlaczego wybrała akurat Innsbruck. Mówiła ci o wszystkim, tak ci się przynajmniej wtedy wydawało.
Ty też dużo opowiadałeś jej o sobie, a ona pytała, o dorastanie w Austrii, dlaczego skoki, pytała o rzeczy ważne i nieistotne, i tak poznawaliście się, uczyliście się być ze sobą, uczyliście się tej waszej trochę poplątanej, wzajemnej miłości.
A potem wróciłeś wcześniej z treningu i zastałeś Ingę skuloną na kanapie w salonie, ze łzami w oczach, plamą z czerwonego wina na jasnej sukience i szczątkami roztrzaskanego kieliszka w poranionej dłoni. Zabrałeś ją do szpitala, przez całą drogę nie odezwała się słowem. Tam zszyli jej rany na ręku, ale nic nie mogło pomóc na rany na duszy.
Minęła cię bez słowa, nie zaszczycając cię nawet spojrzeniem. Poszła w stronę wyjścia ze szpitala, drzwi trzasnęły za jej plecami, uciekła.
Znowu ci uciekła, znowu nie wiedziałeś, dlaczego.
Przez pierwsze trzy dni próbowałeś się z nią kontaktować, potem odpuściłeś. Musiałeś trenować, musiałeś żyć dalej. Jakbyś przyzwyczaił się do myśli, że w pewnym momencie Inga znowu od ciebie ucieknie.
I tylko podczas bezsennych nocy w dziwnie pustym i zbyt dużym łóżku z nadzieją patrzyłeś na ekran telefonu, ale Hagen wciąż milczała.

Jest trzecia nad ranem. Za oknem ciemność rozpraszana wątłym światłem miejskich latarni. Cicho, zbyt cicho, bo od tygodnia nie słyszałeś oddechu Ingi obok ciebie. Tęsknisz za nią, cholernie za nią tęsknisz, ale nie próbujesz już nawet dzwonić, i tak nie odbierze. Uciekła, może tym razem na zawsze.
Ciężko złapać w pułapkę motyla.
Ekran twojego telefonu rozświetla się. Nie patrzysz na wyświetlacz, odruchowo odbierasz.
- Krafter, jest trzecia w nocy - jęczysz, czekając na głos swojego przyjaciela, sprawdzającego, czy wszystko w porządku.
- Michi...
Nie tego oczekiwałeś. Nie jej. Przepełniają cię poplątane, znowu niezrozumiałe uczucia. Strach, gniew, ekscytacja, miłość... Znowu nie rozumiesz samego siebie, a chciałbyś zrozumieć ją.
- Inga, dlaczego? - pytasz cicho, jakby rozpaczliwie, jakbyś wierzył, że naprawdę ci wyjaśni.
- Michi... uratuj mnie - prosi.

Zrobisz wszystko, by wypełnić jej prośbę.

~*~
Tiaa.
chyba ktoś tu zapomniał, jak się pisze.

wtorek, 13 stycznia 2015

Chapter I

Nigdy nie widziałem światła w swoim życiu
Jak nocny pies zbłąkany

Od zawsze miałeś poczucie, że skoki, sukces w sporcie, to nie jest najważniejszy aspekt twojego życia. Zawsze czegoś ci brakowało. Czego? Długo sam nie wiedziałeś. Nie potrafiłeś znaleźć odpowiedzi, jak ślepiec usiłujący czytać książkę w świetle małej świecy.
Póki nie potrafiłeś sobie odpowiedzieć na te pytania, zajmowałeś się skokami, szło ci różnie, raz lepiej, raz gorzej. Jak w życiu, również tym uczuciowym. Dziewczyny pojawiały się i znikały, a tobie wciąż czegoś w tym austriackim życiu brakowało.
A potem nadszedł sezon, w którym okazałeś się najlepszy. Mistrzostwo świata na normalnej skoczni i trzecie miejsce na dużej. Kryształowa Kula. To był twój sezon, to był najlepszy rok twojego życia. Zaczynałeś podejrzewać, że może to tego potrzebujesz w życiu, sukcesów, bycia na szczycie. Bycia najlepszym.
Ale wtedy w twoim życiu pojawiła się ona. Inga Hagen, krótkowłosa blondynka o zielonych jak wiosenna trawa oczach. Pochodząca z Norwegii, nieco wystraszona, uciekająca przed kolejnym nieudanym związkiem, który zostawiła w Bergen. Magnetyzująca.
Coś cię do niej przyciągało, od samego początku. Twoja pierwsza myśl o niej to "dziwna". Ale po minucie rozmowy już wiedziałeś, że jesteś nią zafascynowany, że chcesz ją lepiej poznać, zaprzyjaźnić się.
Wtedy jeszcze nie myślałeś o jakimkolwiek związku z Ingą. Chciałeś po prostu przyjaźni, bo dobrze ci się z nią rozmawiało, rozumiała cię, nie wariowała z powodu twojej kariery i znajomości z innymi, bardziej popularnymi skoczkami. Narzekała, że jesteś zbyt chudy, kradła ciastka z szafki i wrzucała kompromitujące cię zdjęcia na facebooka.
Dopiero po kilku miesiącach zorientowałeś się, że nigdy ci się nie zwierzała, chociaż niejednokrotnie wysłuchiwała ciebie.
Zapytałeś ją o to, wzruszyła ramionami i uciekła, bez słowa wyszła z twojego mieszkania. Dzwoniłeś, pisałeś, nie reagowała. Wróciła po tygodniu, udając, że nic się nie stało. Potem robiła to już regularnie, kiedy tylko sytuacja była dla niej niewygodna, nagle znikała z twojego życia, by potem równie niespodziewanie do niego wrócić, bez słowa wyjaśnienia.
Taka już była, ta twoja Inga. Twoja, bo po pewnym czasie tak właśnie zacząłeś o niej myśleć. I pewnej bezsennej nocy, gdy przez okno swojego pokoju wpatrywałeś się w nocne, usiane gwiazdami niebo, zdałeś sobie sprawę, że ją kochasz.

- Inga, musimy porozmawiać.
Brzmisz wyjątkowo poważnie, wręcz nienaturalnie. Blondynka odwraca się, w dłoniach trzyma kubek gorącej herbaty. Przez gwałtowny ruch wylewa na siebie wrzątek i krzyczy. Ruszasz jej na pomoc, ale odpycha cię, stawia kubek na blacie i chowa się w łazience.
- Inga, wszystko w porządku? - pytasz. Odpowiada ci cisza i szum wody płynącej z kranu. - Inga?!
- Spokojnie, żyję - burczy, wychylając się zza drzwi twojej łazienki. Zauważasz, że nie ma na sobie koszulki, którą zalała gorącym płynem. - Na herbatę się nie umiera.
Na powrót chowa się w łazience, ale nie zamyka drzwi, instynktownie podążasz za nią.
- Michi, co ty robisz? - pyta zaskoczona. Przyglądasz się jej odsłoniętemu brzuchowi, na którym widnieje spory, czerwony ślad po poparzeniu.
- Mocno się oparzyłaś? - odpowiadasz pytaniem na pytanie. Blondynka spogląda na swój brzuch, rumieniąc się lekko.
- Nie, nic mi nie będzie - mówi. - Pójdziesz stąd wreszcie?
Uśmiechasz się lekko. Zwykle blade policzki Hagen nabrały już różowego koloru, a zielone oczy błyszczą w świetle halogenów.
- Nigdzie nie idę - informujesz ją. Podchodzisz bliżej. Ona na początku się cofa, ale po dwóch krokach natrafia plecami na ścianę. Patrzy na ciebie z niepewnym wyczekiwaniem.
- Co ty robisz, Hayboeck? - syczy, usiłując zachować pozory hardości i pewności siebie.
- Zamierzam cię pocałować, Inga - szepczesz. Jej źrenice rozszerzają się lekko, kiedy patrzy ci prosto w oczy.
- Nie zrobisz tego - odpowiada. Wplata palce w twoje włosy i przyciąga cię do siebie, do wilgotnego, rozgrzanego od oparzenia brzucha, drobnego ciała, usianej piegami twarzy i zielonych oczu, które zamyka na chwilę przed pocałunkiem.
Po chwili twoja koszulka ląduje na podłodze, a ty bierzesz Ingę na ręce i, nie przerywając pocałunków, zanosisz do sypialni twojego mieszkania. Kładziesz ją na łóżku i nachylasz się nad jej szczupłą, piegowatą twarzą.
- Kocham cię, Michi - szepcze, nie mogąc złapać tchu. - Cholera, kocham cię.
To, o czym chciałeś rozmawiać, jest nieistotne. Istotny jesteś ty, istotna jest ona, istotna jest harmonia między wami.

Leżysz w pomiętej pościeli, bezmyślnie głaszcząc miękką skórę na nagim ramieniu Ingi. Uśmiechasz się lekko, do wspomnień, do uczuć, do własnych myśli i do jej zielonych, błyszczących oczu.
- Chyba miałeś mnie o coś zapytać, Hayboeck - mruczy ona, a ty uśmiechasz się szerzej i kręcisz głową.
- Nieważne - odpowiadasz, odgarniając jasne kosmyki z jej piegowatej twarzy. Marszczy brwi i delikatnie odsuwa się od ciebie, uciekając z zasięgu twoich rąk.
- Michael? - pyta, poważnie, niemalże ostro. - O co chodzi?
Wzdychasz teatralnie i całujesz ją w czubek lekko zadartego nosa.
- Chciałem ci powiedzieć, że jesteś śliczna i powinnaś ubierać się bardziej kobieco, nie ukrywać swojego ciała. Że jesteś dla mnie ważna. Że cię kocham. I że możesz mi zaufać.
Jej twarz, rozpromieniona uśmiechem, poważnieje, gdy wypowiadasz ostatnie słowa. Twoje serce zamiera na moment, a potem zaczyna bić ze zdwojoną siłą, jak najszybciej, boleśnie obijając się o żebra.
Taką minę Inga miała za każdym razem, kiedy planowała ucieczkę z twojego życia.
Odruchowo, w panicznym geście chwytasz ją za rękę i ściskasz mocno, próbując powstrzymać od ucieczki.
- Powiedz mi, co się dzieje - prosisz. Uśmiecha się, ale to nieszczery uśmiech, mający zatuszować prawdziwe emocje.
- Nic się nie dzieje, Hayboeck. Co niby ma się dziać? - Nagle staje się opryskliwa, chłodna. Odpycha cię od siebie. Ucieka, choć nadal leży obok ciebie, w twoim łóżku, naga, bo sam pozbawiłeś ją ubrań.
Wahasz się, nie wiesz, co powiedzieć. Wycofać się i trwać w pozornym spokoju, wiedząc, że coś ukrywa? Naciskać i sprowokować ją do ucieczki?
Tracisz czas w milczeniu, a ona powoli wyślizguje się z twych rąk. Tracisz ją, na własne cholerne życzenie, choć właściwie jeszcze nie była twoja.
Tylko te kilkanaście, kilkadziesiąt minut, dotyk, oddech i bicie serca. Tylko to miałeś.
Nie reagujesz, kiedy w pośpiechu zbiera swoje ubrania z podłogi i ucieka do łazienki, z której ją tu przyniosłeś. Bezsilnie opadasz na poduszki i pustym wzrokiem patrzysz w sterylnie biały sufit.
Już ją straciłeś, a jeszcze nie była twoja.
- Inga? - wołasz w głąb mieszkania. Słyszysz tylko jej szybkie kroki w przedpokoju. Siadasz na łóżku, nieświadomie targając jasne włosy.
- Do zobaczenia, Hayboeck.
Jej głowa, rozczochrane włosy, blada twarz usiana piegami i zielone oczy na moment pojawiają się w drzwiach pomieszczenia. Ma zaciśnięte wargi i wygląda, jakby walczyła ze łzami. Chcesz ją przytulić, dotknąć, poczuć ciepło jej miękkiej skóry i delikatnych warg, ale ona ucieka, zanim możesz cokolwiek zrobić, pozostawiając po sobie tylko mglisty zapach lawendy.
Do zobaczenia.

Te dwa słowa dają ci nadzieję.

~*~
Rozpusta, rozstanie, sesja idzie.
Dawno nie pisałam. Co wyszło? Gunwo wyszło.
Ale tego, obiecałam.
Do zobaczenia.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Prolog

Mimo tak wielu granic
ja i tak będę z tobą

Z dwóch różnych krajów.
Z dwóch różnych światów.
Różne tryby życia, zainteresowania.
Różne osoby.
Wydawałoby się, że nigdy się nie spotkacie.
Że się w sobie nie zakochacie.
Że nie zechcecie być razem.
Że wam się nie uda.

Tyle przeszkód, tyle granic, tyle pomyłek.
A ja i tak będę z tobą.

Myślałeś, że nigdy się nie zakochasz. Że jesteś ponad to.
Że jesteś silny i panujesz nad uczuciami.
A potem ta drobna, poraniona dziewczyna wkroczyła twoje życie i musiałeś zweryfikować swoje poglądy.
A ty, naiwny, postanowiłeś, że ją ze wszystkiego wyleczysz.

~*~
Dzień dobry, tu Grin, jeszcze żyję.
Nie wiem, na ile starczy mi weny, czy nie skończę pisania w połowie pierwszego rozdziału. Czy wena nie zabije zbliżająca się gigantycznymi krokami, pierwsza w życiu sesja.
Nie wiem też, co będzie w tym opowiadaniu, jak potoczą się losy bohaterów (zapraszam na podstronę), nic nie wiem.
Ale tego, wracam.
Dzień dobry.

Jak przypadkiem masz ochotę skomentować, w post musisz wejść przez archiwum, po lewej. Przy dłuższych postach wszystko będzie działać normalnie.